Reklama
  • Wtorek, 29 listopada 2016 (15:05)

    Agnieszka Grochowska. Okruchy dzieciństwa

Miała pogodne, dobre dzieciństwo i takie samo stara się zapewnić swojemu synowi. Gdy ma dość wielkomiejskiego życia i pragnie spokoju, ucieka do domu na wsi.

Macierzyństwo jest najpiękniejszym doświadczeniem mojego życia – mówi aktorka Agnieszka Grochowska(37). Kocha swój zawód, jednak podkreśla, że to nie on jest sensem życia, tylko rodzina, a przede wszystkim ruchliwy, czteroletni Władzio Gajewski.

Wkrótce będzie miał rodzeństwo, bo aktorka jest w drugiej ciąży. Cieszy się bardzo, nigdy nie chciała, by był jedynakiem. Zresztą czas, gdy synek był malutki, wspomina z prawdziwym rozrzewnieniem. Przyjdzie jesień i znów będzie spacerować z wózkiem po placach zabaw dla dzieci.

Reklama

Starszemu synkowi starała się poświęcać jak najwięcej czasu. Uparła się początkowo nawet, że opieką nad nim podzielą się tylko z mężem, bez pomocy babć i niań. – Długo im się udawało – bo świetnie się uzupełniają. Dziś też tak funkcjonują. Kiedy ona ma mniej czasu, on zajmuje się synkiem. Chcą go mądrze wychować, Agnieszka stara się pamiętać, że dziecko to odrębna osoba, a nie kopia rodziców.

– Jest swój, a nie mój – podkreśla, mówiąc o synu. Często odwiedza z nim swoje ulubione miejsca w Warszawie. Nic dziwnego, tu na Starej Ochocie dorastała i ona.

Jej ojciec był wojskowym, pracował w gazecie branżowej. Matka, choć kończyła ekonomię, miała w sobie odrobinę szaleństwa. Jako młoda dziewczyna uprawiała balet wodny i akrobatykę. Nawet o dziesiątej wieczorem potrafiła zabrać spragnione śniegu córeczki na sanki. Nauczyła Agnieszkę i młodszą o dwa lata Monikę chodzenia po drzewach.

Agnieszka od małego paradowała z rozbitymi łokciami i kolanami, udając, że jest Maradoną

Chętnie grała w piłkę. Marzyła też o dalekich podróżach. Śniła, że idzie z wielkim plecakiem na Dworzec Centralny i nikt z dorosłych o tym nie wie.

Nigdy nie spełniła swego marzenia, bo była odpowiedzialna, a rodzice prosili, by opiekowała się młodszą siostrą. Przez lata dzieliły razem pokój. Kruczoczarna Agnieszka z ciemnymi jak węgle oczami i jasnowłosa, niebieskooka Monika.

Choć wyglądała jak aniołek, dawała starszej siostrze w kość. Mimo to bardzo się kochały. Gdy były małe, przed zaśnięciem leżały w ustawionych blisko siebie łóżeczkach. Agnieszka trzymała siostrę za rączkę, bo bez tego nie mogła zasnąć. Gdy się pokłóciły, starsza zawsze wyciągała rękę na zgodę.

– Nie mogłam wytrzymać tego napięcia, że się na siebie gniewamy, że nie rozmawiamy – wspomina aktorka. Gdy wyjeżdżały na kolonie, bez żalu odstępowała siostrze górę piętrowego łóżka, a nawet je ścieliła, żeby wychowawczyni nie krzyczała. – Ma dobre serce – przyznaje dziś Monika. Rodzice uważali, że starsza córka odziedziczyła charakter po babci Danieli. Po niej jest łagodna i dobra, ale po dziadku – bywa raptusem.

Dziadkowie ze strony mamy odegrali ważną rolę w życiu dziewczynek

Bywały u nich na Nowolipiu w każdy piątek przez 15 lat. Pierwsza zbuntowała się Monika, zaczęła chodzić na imprezy. Agnieszka wytrwała w rodzinnym zwyczaju dłużej.

– Ten wspólny czas był dobry, mądry i ciekawy – podkreśla dziś. Mogła porozmawiać z nimi o wszystkim. Grali razem w bierki, jedli naleśniki. Dziadek był z wykształcenia inżynierem, ale artystyczną duszą. Znał na pamięć całego „Pana Tadeusza”, potrafił nagle wyrecytować jego strofy pośrodku kuchni.

Opowiadał wnuczkom o przedwojennej stolicy, o Powstaniu Warszawskim. Chętnie śpiewał na całe gardło piosenki z Czerniakowa lub przeboje Jana Kiepury. Kiedy usłyszał, że wnuczka zdaje do szkoły teatralnej powiedział z dumą: „Wdałaś się we mnie”. Dopiero po śmierci ukochanych dziadków dziewczynki odkryły rodzinną tajemnicę, którą po trosze podejrzewały. W znalezionych papierach przeczytały, że w 1936 roku dziadek zmienił nazwisko z Salomon na Salomonowski. Uśmiechnęły się tylko. Już wcześniej podejrzewały, że mają żydowskie korzenie.

Przyszłego męża Agnieszka poznała, gdy była jeszcze studentką

Reżyser Janusz Gajewski szukał aktorów do jednego ze swoich projektów. Rok później zaprosił ją do udziału w filmie „Warszawa”. Zostali parą, a w 2004 roku stanęli na ślubnym kobiercu.

Znajomi trochę się dziwili, nie mogąc pojąć, dlaczego 25-letniej dziewczynie tak śpieszno do ślubu z piętnaście lat starszym partnerem. Agnieszka wymknęła się z przyjęcia weselnego, bo tego dnia grała spektakl w teatrze. Przywitał ją transparent na drzwiach: „Garderoba panny młodej”.

Wzruszyła się, potem odbierała jeszcze gratulacje od widzów. – W naszym związku to ja, chociaż młodsza, jestem zgredem. Najchętniej nie ruszałabym się nigdzie z domu – przyznaje. I dodaje, że nigdy nie miała wątpliwości, że to ten jeden, jedyny. Ufa sakramentowi, bo przysięga małżeńska umacnia więzi.

– Wierzę, że w związku jest się dwa razy silniejszym, a nie o połowę słabszym – mówi. Ceni rodziny wielodzietne, tradycyjne wartości i spędzanie czasu w chałupie na Podlasiu, którą kupili z mężem. Aktorka sama wbijała gwoździe, woziła taczki z ziemią. Ten dom, to jej azyl i wytchnienie. – Zależy mi na tym, żeby się nie rozdwoić, nie rozjechać. Żeby być tym, kim jestem – podkreśla aktorka.

Dobry Tydzień

Zobacz również

  • Choć w sporcie osiągnęła wszystko, prywatnie nie była szczęśliwa. Teraz ma jednak dla kogo żyć. Z kochającym mężczyzną u boku zakłada rodzinę. więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.